Google+ Facebook Pinterest

30 paź 2012

Myślę, że prawie każda kobieta lubi i nakłada maseczki na twarz, szyje czy dekolt delektując swoją skórę ukojeniem, a przy tym ma chwilę tylko dla siebie. Wśród tych wszystkich rozkosznych maseczek jest też taka, której użycie nie należy do najprzyjemniejszych ale mimo to warto po nią sięgnąć od czasu do czasu ponieważ dzięki niej pozbędziemy się „czarnych łebków” na naszym nosie czy brodzie. Mowa o TheFaceShop Blackhead EX Nose Clay Mask, który przywędrował do nas aż z Azji. Maska przeznaczona jest głównie na zanieczyszczoną skórę nosa, ale również można ją stosować na brodę lub całościowo na „strefę T”. Jej zadanie to oczyszczenie naszej skóry z zanieczyszczeń. Moim zdaniem maska to po prostu plasterki na nos w formie kremu – bardzo wydajnego kremu.




Za cenę 15 - 30 złotych (w zależności od miejsca sprzedaży) kupujemy 50 g maski zamkniętej w tubce. Jest to typowa maska typu Peel-Off, czyli nakładamy i zrywamy jednym pociągnięciem. Konsystencja przypomina klej, który jest nieco uciążliwy przy rozprowadzaniu na skórze bo ciągnie się i klei. Zapach chociaż lekko alkoholowy to przyjemny i delikatny. Niestety nie jest w stanie rozczytać po koreańsku składu ale wiem, że maska zawiera ekstrakt z morwy.


Maseczkę nakładamy na oczyszczoną i lekko wilgotną skórę dość grubą warstwą, tak aby nie było prześwitów, co ułatwi nam jej zdejmowanie. Po rozprowadzeniu zostawiamy ją na około 20 minut do momentu, aż całkowicie zaschnie, po czym delikatnie ale energicznie zrywamy ją ze skóry. No cóż przyjemne to nie jest ale dzięki niej mamy oczyszczoną skórę z małych i średnich zaskórników, z dużymi radzi sobie niestety gorzej. Dodatkowo skóra po jej użyciu jest gładka, a nawet nieco wydepilowana (tak tak maska potrafi wyrwać nawet poszczególne włoski). Próbowałam ją stosować na różne sposoby i z różnymi innymi kosmetykami, jednak najlepiej oczyszcza i najmniej podrażnia skórę gdy zastosujemy przed jej użyciem „parówkę” wodną lub ziołową. Wtedy radzi sobie nawet z niektórymi większymi zaskórnikami. Po ściągnięciu jej ze skóry przemywamy chłodną wodą, hydrolatem lub tonikiem, który w swoim działaniu ma zmniejszać pory. Na tym etapie możemy zakończyć lub położyć „maseczkę właściwą”. Zastosowanie maseczki oczyszczającej przed „maseczką właściwą” sprawia, iż substancje aktywne w niej zawarte mają ułatwione zadanie przenikania w głąb skóry.




Maseczka głównie przeznaczona jest do cery tłustej, zanieczyszczonej, ale może stosować ją każda z nas w celu pozbycia się zanieczyszczeń skóry. Uważać jednak należy przy cerze naczynkowej, alergicznej i skłonnej do podrażnień. Zgodnie z zaleceniem najlepiej stosować ją raz w tygodniu, ja jednak ze względu na swoją cerę (naczynkowa, sucha i do tego wrażliwą) oraz niewielkie zanieczyszczenie skóry nakładam ją raz na miesiąc. Tak jak wyżej wspomniałam tubka zawiera 50 g kleistej maseczki i taka ilość wystarcza spokojnie na rok czasu.

PODSUMOWANIE
ZALETY:
- wydajność,
- zapach,
- dobrze radzi sobie z małymi i średnimi zaskórnikami,
- cena.
WADY:
- dostępność (tylko przez internet),
- nie radzi sobie z większymi zaskórnikami,
- uciążliwa przy rozprowadzaniu i usuwaniu,
- brak możliwości sprawdzenia składu (język Koreański),
- może podrażniać.


OCENA:
OPAKOWANIE: 4/6
ZAPACH: 5/6
KONSYSTENCJA: 2/6
WYDAJNOŚĆ: 5/6  
DZIAŁANIE: 5/6
CENA: 3/6

OGÓLNA OCENA: 4/6

Zdecydowanie polecam maseczkę TheFaceShop Blackhead EX Nose Clay Mask. Warta wypróbowania mimo, iż nie oczyszcza skóry ze wszystkich zanieczyszczeń.

Stosowałyście tego rodzaju maseczki? 

28 paź 2012

Dzisiejszy post będzie poświęcony OU, czyli Ochroniarzom Ust. W okresie jesienno – zimowym przykładam sporą wagę do pielęgnacji ust, ponieważ szybko pierzchną, co ani nie jest przyjemne ani estetyczne. W aptekach, drogeriach mamy spory asortyment ochronny na usta, jednak każda z nas musi sama dobrać odpowiedniego Ochroniarza, którego polubią jej usta. Ja chciałabym przedstawi wam swoją małą kolekcję „Ochroniarzy”.


Zacznę może od Ochroniarza bez którego nie wyobrażam sobie zimy. Jest nim balsam do ust Tisane. Ma on zbawienne działanie na skórę ust, a mianowicie nawilża, wygładza szorstkie, spierzchnięte usta, przywracając im gładkość, natłuszcza i chroni usta przed wysychaniem oraz ma działanie regenerujące. Oprócz zbawiennego działania na skórę ust balsam przepięknie pachnie miodem, co jest bardzo przyjemne w stosowaniu. Konsystencja jest zbita i dość długo utrzymuje się na ustach, jednak w trakcie mrozów staje się bardzo twarda i trudno ją rozsmarować na ustach. Minusem może być również forma w jakiej występuje balsam, a mianowicie słoiczek, z którego za pomocą palca wydobywamy odpowiednią jego ilość, co w zimie gdy ręce są zanurzone w ciepłych rękawiczkach może być nieco uciążliwe. Balsamu Tisane używam od lat i pomimo małych minusów na dzień dzisiejszy nie znalazłam lepszego Ochroniarza i z czystym sumieniem mogę polecić wam ten balsam. Możecie go kupić w każdej aptece, a to dodatkowy plus bo każdy ma do niego dostęp i nie musi płacić za przesyłkę.


Z Carmexem zapoznałam się około 2 lat temu i zapewne większości wam jest znany. Form w jakiej występuje Carmex oraz zapachów jest dość sporo. Ja posiadam w tym momencie wersję tradycyjną w słoiczku. Balsam przywędrował do nas aż z USA, a jego działanie jest bardzo zbliżone (chociaż nieco słabsze) do balsamu Tisane, jednak mi troszkę przeszkadza zapach kamfory i mentolu w zimie, a za uczuciem chłodu na ustach nie przepadam. Podobnie jak Tisane dobrze się rozprowadza na ustach oraz jest bardzo wydajny. Mimo formy (słoiczek), zawartości kamfory i mentolu balsam jest jak najbardziej godny polecenia.


Przebywając ostatnio w Rossmannie natknęłam się na pomadkę ochronną Isana, Sanft Rose, a że planowałam mieć pomadkę do torebki w sztyfcie postanowiłam ją kupić. Pomadka może nie czaruje wyglądem, jej nawilżenie jest średnie ale bardzo dobrze natłuszcza skórę ust i zostaje na ustach jakiś czas, a o to głównie chodzi w okresie jesienno – zimowym w szczególności gdy przebywamy poza domem. Pomadka rozprowadza się bardzo dobrze i nie zostawia na ustach efektu błyszczyka. Moim zdaniem jedna z lepszych pomadek ochronnych natłuszczających w sztyfcie.  Jedna z was otrzyma ją w moim pierwszym rozdaniu i sama będzie mogła ją przetestować.


Niedawno dostałam od kolegi balsam do ust REFAN A Rose From Bulgaria, zakupiony w Bułgarii. Balsam pięknie pachnie nutą róży i słodko smakuje… No właśnie zaraz po rozprowadzeniu go na ustach można wyczuć słodką, różaną nutę, a sam jego smak jest słodziutki i właśnie przez to nie zostaje zbyt długo na moich ustach. Mimo szybkiego pozbywania się go z ust, balsam dobrze nawilża skórę oraz daje lekko różowe ale naturalne zabarwienie „zdrowych ust”. Balsam jest zamknięty w słoiczku i niestety nie jest tak wydajny jak wyżej wymienione Ochroniarze. Z tego co widziałam to produkty firmy REFAN są również dostępne w Polsce, balsam niestety nie. Jak można zauważyć w poniższej tabeli balsam ma najdłuższy i najbardziej nieciekawy skład chemiczny, mimo to Różany Ochroniarz prześpi mroźną zimę wygodnie w szufladce, aż zawita kolorowa wiosna.


W jednym z pudełek GlossyBox znalazłam balsam do ust w 100% organiczny Figs & Rouge Peppermint & Tea Tree Balm i byłam zachwycona bo opakowanie jest prześliczne. Niestety nic dobrego oprócz pięknego opakowania oraz składu nie mogę powiedzieć i nie rozumiem zachwytów kobiet odnośnie tego produktu. Balsam w ogóle nie nawilżył moich ust, ba nawet mam wrażenie, że są po nim bardziej wysuszone i szorstkie. Ponadto produkt szybko znika zarówno z ust jak i z pojemniczka.


Na zdjęciu poniżej można zauważyć zużycie balsamu Tisane zakupionego w styczniu, a Figs & Rpuge używanego od około miesiąca.


Biorąc pod uwagę zawartość olejku z drzewa herbacianego balsam dobrze sprawdzi się raczej na wypryski. Szkoda bo miałam wielką nadzieję, że będzie to dobry balsam i mimo pięknego opakowania nie polecam. Produktowi dałam szansę około miesiąca i nie jestem w stanie dłużej go używać, dlatego myślę, że pozbędę się pozostałości balsamu, a w metalowym słoiczku będę trzymała naturalny peeling do ust, o którym pisałam tutaj.
Wazeliny kosmetycznej myślę, że nie muszę nikomu przedstawiać bo wszystkie zapewne ją świetnie znacie. Ja posiadam Białą wazelinę kosmetyczną firmy Ziaja, która świetnie zabezpiecza naszą skórą przed czynnikami atmosferycznymi, dlatego też i ona znalazła się wśród moich Ochroniarzy i pojawiać się będzie co roku przed okresem jesienno - zimowym. Wazelina nie wchłania się przez skórę ani błony śluzowe człowieka i nie powoduje podrażnień, świetnie natłuszcza, regeneruje i ochrania. Szczególnie polecam używać jej na silne mrozy nie tylko na skórę ust, ale również na dłonie czy stopy. Jest to najtańszy produkt wśród OU, który możemy go kupić w każdym sklepie kosmetycznym.



Ochroniarz
SKŁAD
ZALETY
WADY
OCENA
Tisane
Cera alba, Olea Europea oil, Petrolatum, Ricinus communis oil, Isopropyl Mirystate, Honey, Echinacea purpurea & Melissa officinalis & Silybum Marianum Extract, Aqua, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Propylene glycol, Cholesterol, Tocopheryl acetate, Ethyl Vanillin
- trwałość,
- zapach,
- skład,
-wydajność,
-dostępność.
- słoiczek,
- konsystencja podczas mrozów.
OPAKOWANIE: 4/6
ZAPACH: 6/6
KONSYSTENCJA: 5/6 
WYDAJNOŚĆ: 6/6
DZIAŁANIE: 6/6  
CENA: 5/6 
OGÓLNA OCENA: 5,3/6

Carmex
Petrolatum, Lanolin, Cetyl Esters, Theobroma Cacao Seed Butter, Cera Alba, Paraffin, Camphor, Menthol, Salicyl Acid, Aroma, Vanillin.
- trwałość,
- skład,
-wydajność,
-dostępność.
- słoiczek,
- uczucie chłodu,
- zapach kamfory i mentolu,
- konsystencja podczas mrozów.
OPAKOWANIE: 4/6  
ZAPACH: 4/6
KONSYSTENCJA: 5/6  
WYDAJNOŚĆ: 6/6
DZIAŁANIE: 5/6  
CENA: 5/6 
OGÓLNA OCENA: 4,8/6


Isana, Sanft Rose

Ethylhexyl Stearate, Ricinus Communis Oil, Cera Alba, Synthetic Beeswax, Hydrogenated Palm Oil, Candelilla Cera, Aroma, Simmondsia Chinensis Oil, Cocoglycerides, Tocopherol, Lecithin, Ascorbyl Palmitate, Glyceryl Stearate, Glyceryl Oleate, Citric Acid, Paraffinum Liquidum, Cl 58000.
- trwałość,
-wydajność,
- forma (sztyft),
-cena.
- zapach,
- dostępność.
OPAKOWANIE: 3/6
ZAPACH: 2/6
KONSYSTENCJA: 4/6 
WYDAJNOŚĆ: 6/6
DZIAŁANIE: 3/6  
CENA: 6/6 
OGÓLNA OCENA: 4/6

REFAN
A Rose From Bulgaria
Ricinus Communis Oil, Petrolatum, Paraffin, Octyldodecanol,Caprylic/Capric Triglyceride, Paraffinum Liquidum, Cera Alba Wax, Titanum Dioxide, Polyhydroxystearic Acid, Aluminum Stearate, Alumina, Hydrogenated Vegetable Oil, Cetearyl Alcohol, Dimethicone, Octyl Methoxycinnamate, Benzophenone-3, Simondsia Chinesis Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Mica, Retinyl Palmitate, Tocopheryl Acetate, Rose Damascena Concrete, Cl 14720, BHT, Potassium Acesulfame, Propylaparaben.
- forma (sztyft),
- zapach,
- smak,
- słoiczek,
- skład.
OPAKOWANIE: 2/6 
ZAPACH: 5/6
KONSYSTENCJA: 4/6 
WYDAJNOŚĆ: 3/6
DZIAŁANIE: 3/6 
CENA: 5/6 
OGÓLNA OCENA: 3,7/6
Figs & Rouge Peppermint & Tea Tree Balm

Helianthus annuus (Sunflower) Seed Oil, Butyrospermum Parki (Shea Butter), Cera alba, Rosa canina Fruit Oil, Calendula officinalis Flower Extract, Mentha piperita (Peppermint) Oil, Metaleuca altemifola (Tea Tree) Leaf Oil,  Limonene*, Linalool*
*naturalny składnik wystepujący w olejkach eterycznych.

- skład,
- opakowanie.

- działanie (nie nawilża, wysusza),
- trwałość,
-wydajność,
-dostępność.

OPAKOWANIE: 6/6  
ZAPACH: 3/6
KONSYSTENCJA: 3/6 
WYDAJNOŚĆ: 1/6
DZIAŁANIE: 0/6 
CENA: 4/6 
OGÓLNA OCENA: 2,8/6



Wazelina
Petrolatum.
- skład,
- trwałość,
- wydajność,
- dostępność,
- cena,
- uniwersalność.
- opakowanie.
OPAKOWANIE: 2/6  
ZAPACH: 3/6
KONSYSTENCJA: 5/6 
WYDAJNOŚĆ: 6/6
DZIAŁANIE: 5/6 
CENA: 6/6 
OGÓLNA OCENA: 4,5/6


A jaki jest Wasz ulubiony Ochroniarz ust?


Na koniec przedstawię wam najmniejszego domownika, który zapada właśnie w sen zimowy – przynajmniej jemu się tak wydaje.


27 paź 2012

Na wstępie chciałabym podziękować Monice za otagowanie mnie odnośnie powyższego tematu. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym za jaką kwotę kosmetyki nakładam codziennie rano na twarz podczas makijażu i gdyby nie Monika do dziś bym o tym nie myślała.



Poniżej chciałabym wam przedstawić kosmetyki jakie ostatnimi czasy używam do wykonania makijażu. Ze względu na ograniczany czas rano jest ich niewiele, a cena... no cóż oceńcie sami:
- podkład Rimmel: 24,99 zł.,
- puder Pupa: 100,00 zł.,
- róż Maybelline : 4,99 zł.,
- rozświetlacz Essence: 9,99 zł.,
- baza pod cienie Essence: 7,99 zł.,
- cienie IsaDora: 75,00 zł.,
- tusz do rzęs MaxFactor: 14,99 zł.
Łącznie: 237,95 zł.



Jestem bardzo ciekawa jakich wy używacie kosmetyków do wykonania makijażu oraz jak u was przedstawia się ich łączna cena końcowa:)

23 paź 2012

Posted by Joanna Mysza Posted on 21:28 | 17 comments

Moje Pędzle Maestro

 Pędzle do makijażu, które chcę wam przedstawić używam od około 2 lat. Czuję już małe uzależnienie od niektórych z nich i nie wyobrażam sobie makijażu bez ich użycia. Moje pędzle mieszkają w specjalnej tubie, którą wykonałam z pomocą mojego Taty (dziękuję:*).


Wszystkie pędzle Maestro mają długie, drewniane i lakierowane trzonki oraz posiadają niklowane skuwki. Ich cena uzależniona jest ich wielkości. Wszystkie pędzle Maestro wykonane są ręcznie z dbałością o szczegóły, a ich włosie pozostaje na swoim miejscu, ale oczywiście ja trafiłam na jeden wyjątek o czy wspomnę poniżej.


Zacznę od pędzla, który był pierwszy w mojej kolekcji, a mianowicie puchacza do pudru seria 190 (cena: 52 – 65 zł.). Pędzel jest wykonany z dwukolorowego włosia szopa, przez co jest bardzo gęsty i zbyty. Włosie szopa jest dodatkowo miękkie i delikatne. Produkty zarówno w kamieniu jak i sypkie świetnie przyczepiają się do włosia i nie występuje nieprzyjemny efekt pylenia. Pędzel równomiernie rozprowadza kosmetyk na powierzchni skóry. Po myciu włosie nie wypada, a jedynie pojedyncze sztuki delikatnie odstają na boki ale po wysuszeniu i używaniu powracają na swoje miejsce. Jak dla mnie to idealny pędzel do pudru oraz bronzera.


Kolejny pędzel Maestro jaki chcę wam przedstawić to Maestro seria 140 rozmiar 20 (cena: 47 zł.), który również wykonany jest z włosia szopa. Pędzel idealny do rozprowadzania wszelakich podkładów. Pędzel nie zjada podkładu i co ważne mniej go tracimy niż jakbyśmy nałożyli go przeróżnymi gąbeczkami, pędzlami czy nawet palcami. Podkład zostaje równomiernie nałożony bez efektu maski, co może nam się przytrafić przy nakładaniu podkładu palcami. Niestety pędzel ze względu, iż rozprowadzamy nim płynne kosmetyki należy myć częściej niż pozostałe.


No i przyszła pora na mały wyjątek. Pędzel do konturowania twarzy ze złotej kolekcji Maestro Modelage (cena: 43 zł.) wykonany jest z miękkiego włosia koziego. Jeden z najmilszych pędzli Maestro w kształcie szpicu, co pozwala na bardzo precyzyjną aplikację kosmetyku. Wszystkie nakładane produkty pięknie rozprowadza, nie smuży, nie robi ciemniejszych plam. Nakładam nim róż, bronzer i rozświetlacz i co ważne nie miesza produktów gdy nakładamy jeden po drugim. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie gubił włosia. Po krótkim czasie użytkowania pędzel zaczął gubi włoski, a rączka delikatnie się rusza. Nie wiem czy wszystkie tak mają czy tylko mi się trafił z wadą. Przypuszczam, że to wina złego sklejenia.



Kolejnymi pędzlami to pędzle do makijażu oka. Posiadam do tego celu 3 pędzle, które wykonane są z włosia pony:
- seria 320 (cena: 15 – 27 zł.) : pędzel do nakładania cienia bazowego na powiekę ruchomą,
- seria 360 rozmiar 6 (cena: 15 zł.): pędzel o krótkim włosiu, idealny do nadkładania cieni na dolną powiekę,
- seria 380 rozmiar 8 (cena: 18 zł.): pędzel w kształcie łopatkowym. Według strony Maestro pędzel służy do rozcierania cieni, czego ja nie potwierdzam bo pędzel zdecydowanie nie nadaje się do tego celu. Ja kupiłam go z myślą o rozprowadzaniu rozświetlacza pod łukiem brwiowym oraz w kąciku oka i do tego świetnie się nadaję. Ponadto pędzel może również posłużyć do aplikacji cieni na dolną powiekę.
Wszystkie trzy pędzle do makijażu oka polecam ponieważ świetnie przenoszą cienie na powiekę bez ich osypywania, a po myciu nie wypada z nich włosie.




Posiadam również pędzel Maestro do blendowania (rozcierania) cieni – jest nim Maestro seria nr 497 (cena: 27 zł.).Jest to mój pierwszy pędzelek do blendowania, ale zapewne nie ostatni. Nie mam mu nic do zarzucenia bo świetnie miesza kolory cieni ze sobą, a po myciu nie wypada włosie, ale chciałabym wypróbować wersję pędzla cieniującego o delikatniejszym włosiu i w kształcie stożka.


Ostatnim pędzlem do makijażu oka jest pędzelek do eyelinera seria nr 660 (cena: 10 – 17 zł), który wykonany jest z włosia syntetycznego. Pędzel posiada skośno ścięte włosie i przeznaczony jest do eyelinera w żelu lub nanoszenia kresek z cieni na mokro lub na sucho. Może również służyć do wypełnienia brwi ale ja nie używałam go w tym celu. Zdecydowanie nie chcę innego ponieważ bardzo dobrze współpracuje z każdym kosmetykiem (eyeliner, cień) tworząc idealną linię na oku.



Jakie są wasze zbiory pędzli? Szukam dobrego pędzla do blendowania o milutkim włosiu i/lub stożkowym kształcie, może możecie mi coś polecić?  

20 paź 2012

Stosowałam różne metody peelingujące skórę ust, jednak ta jest najprostsza i najbardziej efektywna no i najsmaczniejsza. Mowa o naturalnym peelingu do ust na bazie miodu.


A oto i przepis jeśli któraś z was chciałaby zrobić go w domu:
- łyżeczka miodu naturalnego (u mnie gryczany)
- jedna mała saszetka cukru trzcinowego (dostaniecie w każdej kawiarni).
Wykonanie: W małej miseczce wymieszać miód i cukier. I tak oto produkt jest gotowy do użycia. Całość przełożyć do pojemniczka i trzymać najlepiej w lodówce. Taka ilość peelingu wystarcza na około 4 tygodnie.




Sposób użycia: Odrobinę peelingu nałożyć na usta i masować kolistymi ruchami. Pozostawiamy na ustach do wchłonięcia tak długo jak wytrzymamy, a nie jest to proste dla tych co lubią miód. Po zjedzeniu peelingu nakładamy nasz ulubiony balsam na usta ale nie jest to konieczne. Ja używam ją raz w tygodniu na wieczór po czym nakładam balsam Tisane.


Skóra ust po zastosowaniu takiego peelingu zostaje nawilżona, wygładzona, miękka, a stosowany regularnie pozbawia nasze usta niechcianych suchych skórek.
Skład peelingu możemy dobrowolnie modyfikować według własnych potrzeb i pomysłów. Możemy dodać inne składniki takie jak: cytryna, zmielone migdały, płatki owsiane, jogurt itp. Jednak moim zdaniem ta najprostsza wersja dwuskładnikowa jest najlepsza.
Czy używałyście takiego peelingu na usta? Co o nim sądzicie?

17 paź 2012

Posted by Joanna Mysza Posted on 21:18 | 12 comments

Naturalne pasty do twarzy

Dzisiaj coś o pielęgnacji twarzy, coś co każdy może sam zrobić w domu z kilku składników. Mowa o pastach naturalnych do mycia i masażu twarzy.


Podstawowy składnik pasty to migdały, orzechy laskowe lub orzechy włoskie. Ja najbardziej lubię pastę z migdałów ponieważ w szybki sposób nawilża moją skórę. Pozostałe składniki zależą od was.



Oto przepis na moją pastę migdałową jeśli któraś z was chciałaby zrobić ją w domu:
- 100 g migdałów,
- kilka kropel oleju ze słodkich migdałów,
- kilka kropel oleju arganowego,
- odrobina hydrolatu lawendowego,
- odrobina oleju kokosowego,
- suszone kwiaty lawendy.


Wykonanie: Migdały mielimy, aż powstanie pasta ale o strukturze ziarnistej – dzięki takiej strukturze nie tylko nawilżymy ale również wymasujemy naszą skórę. Najlepiej do tego sprawdzają się młynki do mielenia kawy, ale blender też daje rade. Pod koniec mielenia dodać oleje oraz hydrolat i dalej mielić. Gdy pasta jest bardziej plastyczna dodać susz, wymieszać i pasta gotowa. Pastę przełożyć do pojemnika i najlepiej przechowywać w lodówce. Taka ilość pasty starcza mi na 3 - 4 tygodnie.


Sposób użycia: Odrobinę pasty nałożyć na dłoń dodać hydrolat lub wodę po czym rozmasować w dłoniach rozdrabniając pastę. Nałożyć na skórę twarzy, szyi i dekoltu bardzo delikatnie masując kolistymi ruchami. Ja swoją pastę nakładam co drugi, trzeci dzień po zmyciu makijażu. Po skończeniu opakowania daję odpocząć skórze od pasty na okres 2 miesięcy.


Skóra po zastosowaniu takiej pasty zostaje natychmiastowo nawilżona oraz wygładzona (przez to, iż migdały nie zostały do końca zmielone), jest mięciutka i przyjemna w dotyku i co dla mnie ważne nie podrażnia mnie i nie ma negatywnego wpływu na moje naczynka.
Skład pasty możemy dobrowolnie modyfikować według własnych potrzeb i pomysłów. Możemy dodać inne oleje, inny susz, miód, płatki owsiane, otręby itp. Jeżeli macie w domu jedynie migdały lub orzechy, nie martwcie się bo pastę możecie zrobić z samych migdałów lub orzechów. Po prostu musicie je dobrze zmielić aby wydobył się z nich ich własny olej.
Czy używałyście taką pastę? A może innych past używacie zrobionych przez was same?

15 paź 2012

Posted by Joanna Mysza Posted on 21:52 | 26 comments

Pierwsze rozdanie

Witam!

Mam dzisiaj dla was pierwsze rozdanie na moim blogu.



A oto zasady zabawy:
1. Zostańcie moim publicznym obserwatorem!
2. Dodajcie banner lub notkę na swoim blogu o moim rozdaniu.
3. Ponieważ chcę się dowiedzieć co sądzicie o moim blogu oraz odrobinkę o was samych odpowiedzcie na poniższe pytania:
a) co wam się najbardziej podoba/nie podoba w moim blogu,
b) nie wyobrażam sobie makijażu bez...
c) moją ulubioną książką jest...
4. Zostawcie maila do Was, w razie wygranej skontaktuję się ze zwycięzcą.
Rozdanie trwa od dziś tj. 15.10.2012 – 15.11.2012

W skład rozdania wchodzą:
- Płyn dwufazowy do zmywania oczu firmy Astor,
- krem do rąk z olejkiem migdałowym firmy Isana,
- pomadka ochronna do ust firmy Isana,
- mydełko arganowe,
- mineralny wodoodporny tusz do rzęs fresh Minerals.


Regulamin konkursu:
1. Fundatorem rozdania jest właściciel bloga Wyprzedaż Marzeń,
2. Zabawa trwa od 15.10.2012 – 15.11.2012,
3. Rozdanie trafi do jednej wylosowanej osoby,
4. Ogłoszenie wyniku nastąpi do 5 dni po zakończeniu konkursu,
5. Wysyłka nagród nastąpi do 6 dni od podania na blogu wyników konkursu,
6. Nagroda wysyłana tylko na terenie Polski.

14 paź 2012

Dobrego szamponu oczyszczającego szukam od roku. Wypróbowałam już kilka i do żadnego z nich nie zamierzam wrócić z różnych powodów. O firmie Lush słyszałam już dawno jednak za każdym razem gdy już bliska byłam kupić szampon w kostce tej firmy - odstraszała mnie jego forma oraz fakt, że może podrażniać skórę głowy. Jednak gdy na allegro zauważyłam, że szampony te są sprzedawane również w połówkach stwierdziłam, że albo teraz albo nigdy. I tak oto kupiłam jeden z najlepszych oczyszczających szamponów do włosów jakie do tej pory miałam.



Niestety w składzie na pierwszym miejscu SLS:
Sodium Lauryl Sulfate - syntetyczny detergent, który może uczulać,
Stearic Acid (kwas stearynowy) – emulgator, środek pieniący w mydłach. Myje i gruntownie oczyszcza skórę oraz chroni przed wysuszeniem,
Creamed Coconut (krem kokosowy) – krem posiada właściwości m.in. nawilżające,
Glyceryl Stearate & PEG-100 Stearate – emulgator,
Cocamide DEA – substancja pianotwórcza, myjąca - usuwa zanieczyszczenia z powierzchni skóry i włosów,
Soya Lecithin (lecytyna) – nadaje połysk włosom oraz zapobiega ich wypadaniu,
Perfume – perfumy,
Vetivert Oil (Olejek wetiwerowy) – olejek posiada działanie m.in. antyseptycznie, przeciwbakteryjnie.

Lush Trichomania to ręcznie zrobiony szampon, który jak również pozostałe produkty Lusha nie jest testowany na zwierzętach. Zalecany jest do włosów przesuszonych, kręconych.
Może zacznę od tego, iż mam włosy gęste, sztywne (w dotyku przypominają żyłki), lekko „kręcone” (nie wiem czy to tak do końca jest skręt), bardzo puszące się i ciężkie w pielęgnacji, a w dodatku skóra głowy jest bardzo wrażliwa. Wybierając produkty zależy mi głównie na tym aby zmniejszyć ich puszenie, sprawić, że będą nawilżone i lśniące a jednocześnie nie podrażnić skóry głowy.


Szampon Trichomania (połówkę) zakupiłam na allegro za 26,50 zł. (kwota już z doliczoną przesyłką). Kostka szamponu ma barwę kremową, jest delikatnie miękka ale nie za miękka. Szampon przypomina przekrojone mydło.
Szampon w miarę dobrze się pieni, chociaż nie jest to piana charakterystyczna dla drogeryjnych szamponów. Podczas mycia włosów unosi się piękny zapach i zostaje z nami nawet na drugi dzień. Włosy po umyciu są nawilżone, a jednocześnie oczyszczone tak bardzo, że aż skrzeczą, za czym ja za bardzo nie przepadam. Nawilżenie to zasługa głównie kremu kokosowemu, który również nadaje strukturę szamponowi. Co ważne, dzięki działaniu oczyszczającemu nałożona odżywka/ maska głębiej wniknie w strukturę włosa i jej działanie będzie bardziej efektywniejsze.




Tak jak wcześniej wspomniałam obawiałam się podrażnienia mojej wrażliwej skóry głowy podczas stosowania tego szamponu ale to w ogóle nie miało miejsca.
Z moich obserwacji zauważyłam, iż lepiej stosować go naprzemiennie z innymi szamponami. Ja używam go co trzecie mycie. Dużym plusem kostki szamponu jest też wydajność. Jego zużycie w połowie porównywalne jest do zużycia mydła w trakcie mycia rąk.
UWAGA! Jeżeli posiadacie włosy farbowane (ale nie rozjaśniane) odpuście sobie ten szampon, ponieważ jego działanie oczyszczające jest głębokie i może on wypłukać farbę z waszych włosów.
Szampon niestety przychodzi do nas w woreczku, który jest włożony do papierowej torebeczki z firmowym napisem „Lash...”. Uważam, że za taką cenę firma mogłaby dorzucić do każdej kostki poręczne opakowanie, co ułatwi jego przechowywanie. Kolejnym minusem to dostępność. Niestety w moim mieście (Lublin) nie mam dostępu do produktów Lush i jestem zmuszona kupować na allegro.
Ja jestem zadowolona z Trichomani Lush i po skończeniu tego produktu zapewne ponownie go zakupię.


PODSUMOWANIE
ZALETY:
- wydajność,
- zapach,
- duży wybór.
WADY:
- SLS na pierwszym miejscu składu,
- cena,
- dostępność,
- brak opakowanie.


OCENA:
OPAKOWANIE: 2/6
ZAPACH: 5/6
KONSYSTENCJA: 4/6
WYDAJNOŚĆ: 5/6
CENA: 3/6

OGÓLNA OCENA: 3,8/6


Posiadacie szampon firmy Lush? Czy macie podobne odczucia do moich odnośnie tego szamponu?